redakcja@top25snuff.com
gg: 5100723
fbde5237d004e87f1b284f362bfe6a35.jpg

Szczegóły recenzji

 
Gekachelter Virginie Dunkel
Bernard Tabak
by Administrator     Wrzesień 24, 2009    
(Updated: Luty 23, 2014)
Ocena ogólna 
 
5.0
Ocena smaku 
 
5.0
Ocena opakowania 
 
5.0

Czarna piękność

Przymierzając się do recenzji Gekachelter Virginie Dunkel chciałem, aby była ona najlepszą z dotychczas przeze mnie napisanych. Ale wybrałem zbyt trudną drogę do jej opisania, ponieważ postanowiłem być jak najbardziej obiektywny wobec tabaki, którą cenię sobie najbardziej. Stąd też mój osąd będzie subiektywny jak nigdy dotąd.

Gekachelter Virginie Dunkel - nazwa, którą kiedyś z trudem zapamiętywałem, a dziś piszę z zamkniętymi oczyma - oznacza ciemną, "kaflowaną" Virginię. Jest to tabaka typu gdańskiego, a więc kawał historii i rarytas, choćby ze względu na samą metodę produkcji. Dziękujmy firmie Bernard Tabak za to, że podtrzymuje w istnieniu takie tabaczne relikty przeszłości. Nie tylko receptura ale i opakowanie nawiązuje do zamierzchłych czasów, kiedy to każdy tabacznik miał swoją tabakierę. Dla Gekachelter okaże się ona niezbędna. W żółtym, tekturowym pudełku znajdziemy woreczek foliowy zawierający 50g tabaki. Dawniej zapakowano by ją w sam papier. Folia jest niewielkim ustępstwem na rzecz współczesności. Opakowanie nie jest przeznaczone ani do zażywania z niego, ani do dłuższego przechowywania tabaki. Pierwszą funkcję musi spełnić tabakierka z prawdziwego zdarzenia, drugą (jeśli w tabakierce nie zmieści się 50g) najlepiej słoik lub inny szczelny pojemnik. Wilgotny i lekko tłusty proszek jest podatny na wietrzenie i starzenie, warto więc postarać się, aby "G" swą młodość zachowała dla naszego nosa. Jeśli opakowanie jest tak niepraktyczne, to dlaczego dostało maksymalną notę? Po pierwsze, jego forma idealnie pasuje do formy tabaki. Zapakowanie "tabaki z przeszłości" we współczesny plastik było by czymś niestosownym, wywoływało dysonans, burzyło uzasadniony porządek rzeczy. To tak, jakby szlachetne wino sprzedawać w butelkach PET zakręconych ordynarną zakrętką. Po drugie - estetyka. Żółte tło - jak kolor wysuszonych liści Virginii - i czarny - jak sama tabaka - rysunek przedstawiający dwie okazałe rośliny tytoniu. Tu nie potrzeba słów, przekaz jest jasny - tytoń i tylko tytoń.

Zanim przejdę do sedna zatrzymam się chwilę na konsystencji omawianego produktu. Początkowo chciałem określić zmielenie jako grube, ale w porównaniu ze schmalzlerami i holenderskimi tabakami firmy Molens de Kralingse wygląda na drobniejsze. Długo się zastanawiałem nad właściwym a krótkim określeniem, bo Gekachelter wymyka się zwykłemu podziałowi i uogólnieniom. Na pierwszy rzut oka fakturą przypomina schmalzlery. Jednak po zanurzeniu palców w puszystym proszku między liniami papilarnymi zostają drobinki tytoniu. Dlatego zmielenie Gakachelter Virginie Dunkel określam jako "pełne" (choć to trochę niezręcznie użyte słowo) - zawiera w sobie grubsze okruchy, drobny pył oraz maleńkie agregaty owego pyłu. Skoro omówiłem walory zewnętrzne tej tabaki, pora aby swój sąd wydał zmysł powonienia.

W silny aromat Gekacheter zagłębiam się powoli i stopniowo, z każdym wdechem wyłapując kolejne warstwy zapachowe. Pierwsza jest słodka, przypomina biszkopt i kakao. Zbliżam nos i skupiam się na aromacie. Ten rozwija się, odkrywając kolejne warstwy ułożone naprzemiennie i splecione ze sobą. Wyczuwam suszone owoce (daktyle, gruszki?), delikatny dym z drewna owocowego (a może torfowy?). Czy jest coś jeszcze? Możliwe ale na to pytanie muszą odpowiedzieć tabacznicy bardziej doświadczeni ode mnie. Opis nut zapachowych przypomina schmalzlera, jednak w Gekachelter są one trudniejsze do rozdzielenia i bardziej subtelne. Tworzą tytoniową, harmonijną całość i w takim kształcie można odbierać aromat, bez wchodzenia w niuanse. Każdy oddech wypełniony zapachem "G" jest jak zaproszenie do bliższego poznania. Zażywam i dochodzę do punktu, w którym moje zdolności poznawcze i analityczne okazują się niewystarczające. Wszystko co wyczuwałem w aromacie wydaje się nadal obecne w smaku ale przemienione i posiadające jeden wspólny mianownik - tytoń. Słodkie i owocowe nuty cichną, wzmacniają się dymne i drzewne. Pojawia się delikatna sianowatość, przypominającą suchą czarną herbatę yunnan. Nie jestem pewien tego co właśnie napisałem, bo trudno oddzielić jedną warstwę od drugiej. Nie mogę znaleźć smaku, który byłbym w stanie nazwać. Nie wiem, czy zawodzi mnie percepcja, czy elokwencja? Może brakuje mi punktów odniesienia? Może Gekachelter sama stanowi punkt odniesienia? Wszystko wskazuje na to, że tak. Nie znalazłem przyjemniejszej i pełniejszej tabaki. Ma w sobie wszystko co lubię w tabace i nie ma wśród tabak niczego, co chciałbym do niej dodać. Jest najbardziej przystępną dla mojego nosa tabaką. Nie szczypie, nie kręci w nosie, nie wypala śluzówki ale nawilża ją i oczyszcza. Niczym piękna kreolska dziewczyna, o krągłych biodrach i pełnych udach, aksamitnym dotykiem pieści ciało, a zmysłowym szeptem uspokaja umysł. Ale chyba znowu się zapomniałem przy Virginii... Pora znowu się odnaleźć, przecież piszę o tabace.

Czy ta recenzja była dla Ciebie pomocna? 

Komentarze

 
 
Sortowanie 
 
To write a comment please register or